czwartek, 22 grudnia 2016

Przedświąteczne wyznanie


Dziękuję:
- za świąteczny nastrój w pracy dziękuję temu panu z soboty i pani, od których dostałam zjeby za niekompetentność współpracowników;
- koleżaneczkom, że nie podziękowały nawet za odkręcenie ich błędów i za to, że prawie  codziennie za którąś siedzę na zastępstwie;
- za ten jeden wtorek urlopu przedświątecznego, w który mogłam rano poprzytulać Dzidziusia i pozałatwiać część moich spraw urzędowych;
- za to ze w każdym sklepie jest pełno zabawek bez których moje dziecko nie wyjdzie i trzeba je kupić bo inaczej będzie ryk i histeria ;)
- panu od choinki za najbardziej krzywą i koślawo wkopaną i pożółkłą choinką za siedem dych jaką widziałam (i obiecuję sobie nie kupować choinek po ciemku);
- i za te zewnętrzne lampki, które miały być na choinkę, ale ok, przydadzą się;
- za niezliczoną ilość kursów do IKEA bo właśnie przypomniało mi się, że nie mamy lampek, bombek, szafki, garnka, patelni, wyciskarki do czosnku;

I przepraszam:
- za to że jestem najgorszą matką świata, bo nie dałam rano radiowozu;
- i zabrałam ozdoby świąteczne z tych małych lepkich rączek;
- za to że nie pozwalam pluć na kota, ściągać chodnika w łazience i obklejać dywanu ciastoliną;
- bo codziennie zmuszam do sprzątania po sobie i wrzeszczę od samych drzwi;
- i każę zamykać drzwi od sypialni przy gotowaniu bigosu;
- i że codziennie psikam do nosa okropnym sprayem i daję przebrzydłe witaminy;
- i że morduję przebieraniem, sadzaniem na nocnik i myciem rączek;
- że ciągle planuję, a nic z tego nie wychodzi;
- i że nie jestem Tatusiem przepraszam, nigdy nim nie będę;
- i Tatusia też przepraszam, za wiecznie zjebany nastrój i ból głowy;
- za to że według mojego męża myślę tylko o sobie;
- i że czasami całkowicie tracę nerwy, tak wiem że nadaję się tylko do psychiatryka;
- nie spełniam wszystkich waszych oczekiwań i nie zachowuję się tak jak według was powinnam;



Ale proszę, możecie też mi podziękować:
- dałam na drogę tą starą pomarańczę która leżała od tygodnia na szafce i nic nie mówiłam, bo chciałeś;
- po raz kolejny niosłam do samochodu i po schodach do babci jak bolały nóżki;
- jednak kupiłam to Lego za 89,90 i nawet pomogłam złożyć ten cały wóz strażacki, mimo że nie będę miała na porządny tusz do rzęs;
- bo okręciłam cholerny balkon lampkami ledowymi, obkleiłam szyby śnieżynkami i ubrałam choinkę tym co było w  domu i nawet chciałam zrobić ozdoby własnoręcznie, ale nie mam talentu za grosz ;)
- przyniosłam stary papier do gryzmolenia i mazaki z pracy, bo jednak ciągle myślę;
- zamawiam leki, pieluchy, mleko, kasze, kocie żarcie i żwir, bo nikt inny tego nie zrobi;
- aha i dwa razy zamieszałam bigos, także żeby nie było że nic nie zrobiłam w kuchni :P

Niebo nadal jest niebieskie i drzewa zielone. I nawet czasami dla mnie wychodzi słońce.
Wystarczy tylko wyjść na chwilę na powietrze i zrobić głęboki wdech i wyyyydech.
Nikt nie przeżyje za mnie mojego życia, nikt nie popełni za mnie moich błędów.
Nikt nie da mi drugi raz przeżyć tej samej chwili.

Nikogo nie mogę obwiniać za to kim jestem i gdzie jestem i jaka jestem i dokąd pójdę.



poniedziałek, 12 grudnia 2016

W drodze do nowego - Inspiracje łazienkowe cz.I

Odebraliśmy klucze, ręce nam się pocą z wrażenia.
Znacie ten dreszczyk emocji? Całe mieszkanie moje moje i tylko moje.
Mogę w nim zrobić co chcę, mogę je wymalować, wykafelkować, urządzić jak mi się podoba.
Ziszczą się w końcu wszystkie moje designerskie marzenia ;)
Buhahahahahahha J

Ileż to ja miałam inspiracji, pomysłów, planów, katalogów ze zdjęciami,
fotek zapisanych w komputerze, na Pintereście, zalajkowanych na Fejsbuku.
Wspominam niezliczoną ilość wpitych kaw przy przeglądaniu Homebooka J
Z takim rozrzewnieniem wspominam, bo jednak marzenia a rzeczywistość  to dwie różne rzeczy.

Moja pierwsza myśl – czerń i biel. Piękna i prosta. 
Biała glazura, ciemne uchwyty i czarne baterie, białe ściany, białe meble i biała podłoga, czarne dodatki.



Inspiracje łazienkowe. Łazienka szła na pierwszy ogień.
Kludi Zenta zauroczyła mnie od pierwszego wejrzenia.
Mało brakowało a bym się zakochała, gdyby nie głosy sprzeciwu, że droga i niepraktyczna, a czarne to się zaraz porysuje.


Zdjęcia pochodzą ze strony www.ekspertbudowlany.pl „Łazienka w czerni i bieli”



Cena baterii umywalkowej Kludi Zenta XL: czarna 452 zł, biała 449 zł
Cena baterii wannowej z prysznicem: czarna 606 zł, biała 509 zł + słuchawka 209 zł.
(Ceny i zdjęcia pochodzą z portalu łazienkaplus.pl, jest nawet jakaś promocja)

Jednak, czym częściej się przyglądałam czarno białym inspiracjom tym bardziej czułam, że te wnętrza są zbyt chłodne i sterylne. Nasz domowy łazienkowy bajzel z kocią kuwetą, dzidziusiową wanienką i stertą prania w tle będzie się prezentował komicznie na tle biało czarnej eleganckiej łazienki.
Potrzebujemy więcej barw w naszym mieszkaniu, takiej szarej strefy i czarno białe to jednak nie dla nas.


piątek, 9 grudnia 2016

Planowanie posiłków - tygodniowy jadłospis cz.1 przygotowania

Planowanie. Uwielbiam planować, ale nie dla mnie tabelki i kalendarze.
Często planowanie zajmuje mi tyle czasu, że nie chce mi się już tych planów realizować.
Albo nie mam kiedy, albo nie zdążę, albo mi coś wypadnie ……..z głowy na przykład ;) albo gubię żółte karteczki, na których wszystko zapisałam.
Planowanie powinno zatem odbywać się szybko, sprawnie, wręcz mechanicznie, aby weszło nam w krew i stało się przyjemnym i prostym nawykiem.
W grudniu miałam zamiar zacząć planowanie naszego codziennego menu i list zakupów.
Zobaczcie co z tego wyszło. To znaczy z planowania ;) O realizacji napiszę za tydzień.

Nasze posiłki.
Od poniedziałku do piątku jemy w pracy: śniadanie, drugie śniadanie i lunch, Dzidziuś posila się u Babci.
W domu jemy wspólnie późny obiad i kolację. Czasami kolacji nie jemy wcale.
W weekendy różnie to bywa, ale zwykle jesteśmy w domu, więc planuję całodzienne wyżywienie.
Bardzo często w ostatniej chwili dowiaduję się, że czeka nas całodzienny wyjazd, szkoda że nie można tego przewidzieć wcześniej.
Straszne to ale mam ciągle wrażenie, że każdy u nas je co innego, kiedy indziej i będzie to planowanie 3 różnych jadłospisów.
Zakupy u nas to po prostu zapychanie lodówki czym popadnie, bez ładu i składu i prawdę mówiąc nie bardzo wiem co z tym robić, bo wartościowy obiad z tego nie wyjdzie.

Plan posiłków na bieżący tydzień.
(Proszę mi tu się nie czepiać składników i rozkładu BTW, bo uwzględniam jedzenie całej rodziny a nie tylko moje, kanapki je mąż, a np. podwieczorki głównie Dzidziuś)

Tydzień 49/50
10-16 grudnia

Sobota 10.12.2016
Śniadanie: jajecznica ze szczypiorkiem, pomidory, chleb razowy z masłem i szynką
II Śniadanie: jabłka, mandarynki, chrupki kukurydziane
Obiad: poza domem
Podwieczorek: kisiel z żurawiną suszoną
Kolacja: chleb z masłem i twarożkiem, ogórek kiszony, pomidory

Niedziela 11.12.2016
Śniadanie: omlet z groszkiem, chleb razowy z masłem i szynką, oliwki
II Śniadanie: jabłka, mandarynki, chrupki kukurydziane
Obiad: łosoś pieczony, ziemniaki, surówka z sałaty, oliwek i pomidorów
Podwieczorek: kukurydza gotowana (z masłem i solą)
Kolacja: chleb z masłem i twarożkiem, pomidory, szczypiorek

Zakupy w piątek 9.12.2016: brakuje mi jedynie chrupków kukurydzianych, jajek i groszku, szczypiorku;
+ Ręczniki kuchenne;

W tygodniu pracującym menu do pracy jest takie samo codziennie.
Ja biorę od razu całą tygodniową siatę do pracy. 
S nie dysponuje lodówką, więc organizuje sobie jedzenie codziennie sam.

Śniadanie: kanapki (z szynką, serem, sałatą)/ warzywa
II Śniadanie: jabłko/pomarańcza/kiwi, jogurt naturalny, otręby, żurawina/daktyle,
Lunch: twarożek, pomidory, szczypiorek, marchewka do chrupania/ seler naciowy.

Ekspresowe zakupy w niedzielę 11.12.2016 wieczorem (siatkę zostawiam sobie w bagażniku, o ile nie jest zima i -10 stopni)
- serek wiejski 5 szt, jogurty naturalne 5 szt, otręby, marchewki 5 szt, seler naciowy, pieczywo chrupkie, 5 jabłek, 5 kiwi, 3 pomarańcze,  pomidory koktajlowe;

Poniedziałek 12.12
Obiad: ryż z kotletami mielonymi, mieszanka warzywa na parze
Kolacja: surówka z mieszanki sałat, pomidorów i sera pleśniowego z pestkami dyni  (Dzidziuś: kanapki z szynką, sok marchewka/jabłko)

Wtorek 13.12
Obiad: ryż z kotletami mielonymi, mieszanka warzywa na parze
Kolacja: surówka z mieszanki sałat, pomidorów i jajka na twardo z pestkami słonecznika (Dzidziuś: kanapki z jajkiem na twardo, sok gruszka/jabłko)

Środa 14.12
Obiad: zapiekany ryż z jabłkami i cynamonem
Kolacja: surówka z mieszanki sałat, pomidorów, kukurydzy i pstrąga wędzonego  (Dzidziuś: kanapki z pstrągiem, sok gruszka/jabłko)

Czwartek 15.12
Obiad: zapiekany ryż z jabłkami i cynamonem
Kolacja: surówka z mieszanki sałat, pomidorów, kukurydzy i zielonych oliwek (Dzidziuś: kanapki z szynką, sok marchewka/jabłko)

Piątek 16.12
Obiad: naleśniki z twarogiem i dżemem
Kolacja: surówka z mieszanki sałat, papryki, zielonych oliwek i fety (Dzidziuś: kanapki z żółtym serem, sok marchewka/jabłko)

Zakupy w poniedziałek 12.12 po pracy:

Mięso z indyka na kotlety mielone, mleko, pieczywo, masło osełkowe, jajka, pstrąg wędzony, feta, twarożek caprese, kukurydza, oliwki, mix sałat, pomidory, papryka, ser pleśniowy, szynka drobiowa, pestki dyni, pestki słonecznika, soki, jabłka, przyprawa korzenna/cynamon




 

czwartek, 8 grudnia 2016

Domowy budżet - kontrola wydatków

Prawdopodobnie jestem ostatnią osobą na świecie, która powinna doradzać w temacie oszczędzania pieniędzy i domowego budżetu.
Jeśli nie ostatnią, to jedną z tych na szarym końcu. Mimo że nie wiem ile kosztują bułki w spożywczaku, jako „szyja” rodziny muszę kontrolować wydatki nas wszystkich i nie pozwalać na zbytnie hulanki, choć mamy do tego predyspozycje. 
Jeśli chodzi o zarobki zaliczamy się do klasy robotniczej, no może niższej średniej.
Nie załapaliśmy się na becikowe ani nie mamy 500+ ,  tylko dochody ze stosunku pracy (żadnych źródeł dodatkowych zarobków, chyba że uda mi się coś sprzedać na olx). Samochody, telefony i laptopy też mamy prywatne, nie bierzemy faktur na paliwo i nie kupujemy telewizorów „na firmę”. Nigdy nie byliśmy na wakacjach za granicą, w sumie to bardzo rzadko gdziekolwiek wyjeżdżamy ;)
nie licząc tego jednego razu jak wystawiłam nogę za słupek będąc w górach ;)

Aby uniknąć nieprzyjemnych momentów, w stylu wyjmowania rzeczy z koszyka akurat przed kasą i wydrapywania szronu z lodówki na koniec miesiąca, stosujemy z S’em kilka prostych zasad.
Nie jest to nic odkrywczego, ale to taka nasza codzienna kontrola wydatków ;)

6 prostych zasad kontroli wydatków:
  1. W torebce mam zawsze kopertę na bieżące paragony ze sklepów.Zostawiam sobie tylko takie, które mogą mi się przydać, jeśli trzeba będzie coś reklamować lub zwrócić. (Przeważnie do tej koperty nic nie wkładam, a paragony trafiają do śmieci, albo do portfela/kieszeni… a stamtąd do śmieci, ale obiecuję sobie, że będę tego pilnować).
  2. Dwa, trzy razy w tygodniu sprawdzam stan środków na koncie. Powinien się zgadać z tym z paragonów, przy okazji widzę czy bank pobiera prowizję od płatności kartą i czy nie wkradły się jakieś pomyłki.
  3. Większe wydatki (powyżej 300 zł) zawsze ustalamy wspólnie z S’em. Chyba że są to zamówienia z kocim żarciem albo przesyłki z apteki.
  4. Na koniec miesiąca spisuję wydatki i sprawdzam ile wydaliśmy na: artykuły spożywcze i chemię, paliwo/dojazdy, czynsz i media, leki, ciuchy, rzeczy dla Dzidziusia. (Często spisuję wszystko na bieżąco). W bankowym panelu klienta mam też opcję która automatycznie robi wykresy słupkowe wydatków z podziałem na dom i zakupy, wypłaty z bankomatu itd. (nic z tego nie kumam).
  5. Wspólne wydatki w ciągu miesiąca nie mogą przekroczyć naszych dochodów (czyli nie wydajemy więcej niż zarabiamy).
  6. Każdego miesiąca obowiązkowo odkładamy minimum 500 zł, aby pokryć między innymi koszty ubezpieczenia mieszkania, polis samochodowych, przeglądów, wymiany opon,  ewentualne niespodziewane wydatki (dentystę, prywatne wizyty u lekarza, awarie auta).

 Jednorazowe wydatki w roku 2016 (te największe):
- ubezpieczenie samochodu AC+OC – 2250 zł (następny termin 28.07.2017) (bad. techniczne 15.10.2017 – 100 zł)
- ubezpieczenie samochodu AC – 721,00 zł (następny termin 08.08.2017), (bad. techniczne 30.10.2017- 100 zł)
- ubezpieczenie mieszkania - 456,00 zł (następny termin  10.10.2017)
- prywatny pakiet medyczny – 756,75 zł (następny termin 10.07.2017)

Razem w 2016 było to 4383,75 zł, w roku 2017 prawdopodobnie będzie drożej czyli musimy mieć w zapasie co najmniej 4600 zł.

500 zł miesięcznie to około 6000 zł rocznie, więc pozostała kwota 1400 zł będzie na inne niespodziewane wydatki, a wierzcie mi jest ich cała masa.

środa, 7 grudnia 2016

Małe, ciasne, ale własne :)

Zakup tego mieszkania odradzało nam 99% znajomych. (Ten 1% wstrzymał się od głosu)
Bo krzywe.
Bo za małe, bo bez kuchni, bo od wschodu, bo nie w tej części miasta, bo bez garażu, bo tyci balkon z widokiem na drugi blok.
Bo nie w kamienicy.
Bo bez ogródka.
Bo kawałek dalej były tańsze.
A my się zaparliśmy, bo chcieliśmy właśnie takie.

Żeby nie było, obejrzeliśmy może 4 mieszkania z rynku wtórnego. Do żadnego nie można było wprowadzić się od razu i wszystkie wymagały remontu.

Nasze wymagania podczas zakupu:
1 - Chcieliśmy dodatkowy pokój dla Dzidziusia ( Jest). I windę (Jest). I pierwsze piętro lub parter (Jest).
2 - Żeby nie męczyło na słońce w letnie upały. A to jeszcze nie spraktykowaliśmy, ale ekspozycja wschodnia ma nam to zagwarantować.
3 - Obowiązkowe okno w kuchni (Jest) i piwnica (Jest).
4 - Miało być w dobrej lokalizacji i nie daleko (no JEST).. Żeby łatwo dojechać do sklepów, do babci i do pracy.
5 - W dobrej cenie w stosunku do lokalizacji i jakości. W stosunkowo niedużej cenie za metr kwadratowy.
6 - Ustawne pokoje, garderoba, osobne wc.
7 - I żeby nie było pod domem parkingu, tylko dalej. Żeby był plac zabaw, drzewa, zieloność, a nie parkujące na schodach samochody.
8 – Wielkościowo miało być o tyle większe żeby pomieścić mały pokój dla Dziecka. Metrażowo + 10m2 do tego co  mieliśmy. Czyli ok 60m2.

Takie i już. Na tyle było nas stać, a przynajmniej tak myśleliśmy, kiedy stawiliśmy się na podpisaniu rezerwacji.
To był szczyt naszych marzeń, nasze lepsze jutro po 12 latach w komunistycznym bloku na trzecim piętrze.

Aktualizacja po 2 tygodniach mieszkania.
Ad 1 - Dzidziuś w „swoim pokoju” ma zabawki, a śpi i tak z nami. Tzn. zabawki ma WSZĘDZIE. Matka często na wygnaniu na sofie. Ojciec Polak z Synuniem w objęciach na łóżku.
Ad 2 - Słońca jest jak na lekarstwo, świeci lichutko tak maksymalnie do południa. Zimowe poobiednie drzemki chciałoby się kontemplować w promieniach słonka.
Ad 3 - Okno w kuchni a zwłaszcza parapet idealnie nadaje się do postawienia kocich misek i zdechłej roślinki. Obżartej przez wspomnianego kota.
Ad 4 - Z jednej strony budynku jest cmentarz, więc tam nam już stadionu nie wybudują, z drugiej strony nowy blok. Wracam godzinę stojąc w korku, wyjeżdżam o 6 rano kiedy jest jeszcze ciemno. Nie wiem czy to jest zmiana na lepsze.
Ad 5 - Nie ma dobrej ceny za mieszkanie. Zawsze jest za drogo. Zawsze trzeba zrobić dużo więcej i dużo drożej niż się planowało. Ale udało nam się wziąć mniej kredytu niż myśleliśmy.
Ad 6 – Ustawne wydawało się do momentu aż spróbowałam umieścić w nim gotowe szafy z Ikea i kuchnię. Niestety wszystkie zabudowy musieliśmy zamawiać u stolarza.
Ad 7 - Na parking musimy leźć 10 minut brodząc w błocie. Młodego trzeba ciągnąć, żeby nie poszedł na placyk, bo tam jest konik i domek. Potem skacze w każde napotkane błotne bajoro.
Ad 8 – Nie wiem czy 70 a i 80 m2 nie byłoby dla nas za mało. Pokoje to koszmarne klitki, w salonie nie ma miejsca na stół i dużą kanapę, nie mam garderoby, ani spiżarni, w łazience sedes jest przy samej wannie, co zapewnia dodatkowe wrażenia. Kot nie ma gdzie się podziać z miskami i kuwetą, nie wspomnę już o miejscu na drapak.

Wniosek jest taki. Widziały gały co brały.
A widziały, ale na więcej kasy brakowało.

Następnym razem będzie lepiej ;)


wtorek, 6 grudnia 2016

List do Mikołaja... tak, wierzę w Mikołaja

Drogi Święty Mikołaju, to ja, znowu spóźniona z listem.
Koleżanki Blogerki już od listopada wklejały pomysły na prezenty a ja nie wiadomo dlaczego pisałam o mieszkaniu.
Być może zasugerowałam, że jest to dla mnie wystarczający prezent. I teraz będę w nie ładować każdy grosz, a upominki będą mi już niepotrzebne.
Oj nic bardziej mylnego. Jeśli jesteś zbyt zajęty innymi, to spoko, 
kupię sobie coś sama. Jak co roku ;)

To nie są jakieś tam specjalne wymarzone prezenty. 
W ciągu 10 minut jestem w stanie dorobić do tej listy kolejne 14 pozycji.
Jak można łatwo zauważyć, nie są ani dobrane do siebie kolorystycznie, nie będą ładnie wyglądać na półce, a książki po prostu z przyjemnością przeczytam, bo lubię takie. Można zapakować w cokolwiek, byle nie siatkę z Biedronki ;)

Jeśli o Dzidziusia chodzi to list wysłaliśmy wczoraj. Jest w nim głównie Kopara, Kopara, Kopara, Kopara, Lizaczek i Dżip. Lizaczków mu nie wolno.
S. chce Porsze. W Pepco sprawdzałam, ale nie było. Więc i Ty drogi Święty Mikołaju się zbytnio nad tym nie zastanawiaj. W zeszłym roku nie dostał więc mu wmówiłam, że był niegrzeczny.

PS. dla mnie mogą być same książki :)


1. Elie Saab Rose Couture
2. Marc Jacobs Decadence
3. Pandora kolczyki
4. Pandora pierścionek
5+6. Świece zapachowe H&M
7. Kosmetyczka H&M
8. Duży wazon H&M
9. Sleek Enchanted Forest paletka cieni
10. Kapcie Tchibo
11. Koszula flanelowa H&M
12. Legginsy z wzorem norweskim Tchibo
13+14. Książki Pratchetta Empik

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Jak przetrwać pół roku na kartonach

Jak przetrwać 6 miesięcy na 8 metrach kwadratowych?
Na kartonach? U rodziców?!

Nie da się. Od razu lojalnie ostrzegam.
Ja wiedziałam, że tak będzie.
Jestem typem aspołecznym, kłótliwym, niecierpliwym i cholerycznym.
Ataki szału i napady wścieklizny to dla mnie norma, złym spojrzeniem można mnie w sekundę wyprowadzić z równowagi i jest bum.
Wyrywam drzwi z zawiasami, rozbijam umywalki i w moim towarzystwie pękają w mig muszle klozetowe.
Powrót do rodzinnego domu to trauma. 
A Dom Moich Rodziców to oaza spokoju, ciszy i porządku.
Tzn. był…..
Do czasu……. Naszego powrotu oczywiście.
No ale sami chcieli ;)

1 maja opuściliśmy stare mieszkanie. Większa część naszych klamotów była już przetransportowana do Teściów, którzy użyczyli nam pomieszczenie do składowania rzeczy. Reszta był rozlokowana w piwnicy u moich rodziców.
O tym co należy spakować alby przetrwać pisałam w poprzednich postach.

Mieszkanie miało być gotowe do odbioru w czerwcu. Myślę sobie 2-3 miesiące ok. Może wynajmiemy coś na ten czas, ale rodzice zaproponowali nam mieszkanie u siebie. W sumie to wydawało mi się takie oczywiste.
Z kasą niewesoło (jak zawsze u nas), szkoda wydawać na wynajem, skoro zaraz będzie nam brakowało funduszy na wykończenie nowego.
Dzidziuś będzie miał Babcię, która się nim opiekowała, a my wygodę. Prawie nic nie musieliśmy ze sobą brać, tylko najpotrzebniejsze rzeczy osobiste.

Życie „na kartonach”.
Przed wprowadzeniem się,  pomalowaliśmy „swój” pokój na kolor „Srebrna łyżeczka” i okleiliśmy mojego panieńskiego jeszcze PAX’a.
Dysponowaliśmy jedną szafą, regałem, czterema komodami MALM, które zabraliśmy ze starego mieszkania. 
Dwa regały EXPEDIT dzielnie służyły za skład zabawek Dzidziusia. Początkowo spaliśmy na starym materacu, a gdy kręgosłupy odmówiły nam posłuszeństwa kupiliśmy sofę.  Mieliśmy też do dyspozycji swoją łazienkę. Korzystaliśmy z salonu, kuchni, jadalni i innych udogodnień. Aha, wzięliśmy ze sobą też pralko  suszarkę.

W czerwcu okazało się, że mieszkanie odbierzemy dopiero w sierpniu. Podczas testów instalacji wyszły pewne nieszczelności i deweloper wykuł nam dwie ogromne dziury w podłodze.
Dopiero pod koniec sierpnia zaczęliśmy prace wykończeniowe.
Niektórym prawdopodobnie udałoby się wcześniej.
Nas przed przeprowadzką jeszcze zalało. Kolejne 3 tygodnie opóźnienia.
Wprowadziliśmy się dopiero pod koniec listopada ;)

Nie dziwię się już, że niektóre tego typu akcje kończą się rozwodami, lub/i długotrwałym leczeniem u psychoterapeuty,

Ale o tym napiszę innym razem.

A tu nasza szafa: gałki z Home&You, tapeta samoprzylepna z Allegro :)






Koci punkt siedzenia - przeprowadzka

Kot istota delikatna, wątła, subtelna, eteryczna, choć futro grubości kołdry.

Nie zmyli  mnie jego wielkość, groźny wygląd i wieczny grymas pod wąsem.
Ma swoje przyzwyczajenia, lepsze i gorsze dni, jest pełnoprawnym członkiem mojej rodziny.
Nie odgadnę jego myśli, ale znamy się już tak długo, że jestem w stanie zareagować na jego potrzeby.
Przynajmniej część. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Jeśli chcecie wiedzieć jak przygotować się do przeprowadzki z kotem, polecam artykuł na stronie Behawiorysty i Kociego Doradcy http://kocidoradca.pl. Autorka przypomina o podstawach czyli kocim bezpieczeństwie m.in. zabezpieczeniu okien i balkonów, opisuje jak ważny jest zapach w nowym miejscu, a także poczucie bezpieczeństwa i spokój przy poznawaniu innego terytorium.

Pakowanie i przeprowadzki  Igor zniósł zaskakująco dobrze, albo dobrze ukrył swoje obawy.
Zazwyczaj przesypiał całe dnie i wieczory w mniej lub bardziej odosobnionym miejscu obserwując nasze poczynania, ale założę się że kiedy nie patrzyliśmy, ciekawski wsadzał nos w każde pudło.

Wyprowadziliśmy się do babci razem z Kotem  i Dzidziusiem. Mieszkanie było Kotu dobrze znane z wcześniejszych wizyt. U Babci obowiązują pewne zasady, musieliśmy więc wstawić miski i kuwetę do małej łazienki, obowiązywał również zakaz spania w łóżku, włażenia na stół i zakaz wstępu do kuchni.


Letnie wieczory i ranki Igor spędzał na balkonie obgryzając fiołki i popijając wodą z konewki. Jesienią zaległ na parapecie i podziwiał zachody słońca.
Bardzo ucichł i właściwie zniknął nam z oczu chowając się na całe dnie za firanką w salonie. Drapał i gryzł kiedy ktoś chciał go pogłaskać.
Nie przybiegał do nas pod drzwi kiedy wracaliśmy z pracy, nie spał z nami w łóżku, omijał naszą sypialnię szerokim łukiem.
Zdarzało mu się spać tuż przy mojej twarzy tylko kiedy spalam sama na sofie, albo zwijać się w kłębek przy Dziadku (czasami nawet dał się pogłaskać).
Obecność Dzidziusia go wyraźnie drażniła i czułam, że męczy go też  całodzienna obecność kogoś w domu.

Wyprowadziliśmy się od Babci również razem, kiedy w nowym mieszkaniu wszystko już było przygotowane. Cała nasza czwórka razem. Kot w transporterku kulił się ze strachu i miauczał przeraźliwie.
Zostawiliśmy go w łazience, gdzie miał miski z wodą i chrupkami i kuwetę. Po godzinie kot zawędrował do sypialni, gdzie przesiedział kilka godzin za łóżkiem. Przemykał pod ścianami skulony. Przez noc kiedy spaliśmy zwiedził całe mieszkanie, a rano czuł się już dużo lepiej. Miski wstawiliśmy tradycyjnie na parapet w kuchni, a na sofę trafiła stara i dobrze znana kotu narzuta.


Po przeprowadzce do naszego nowego mieszkania zauważyliśmy, że wróciło do nas nasze kochane kocisko, plączące się pod nogami, rozkładające ogon na blacie kuchennym, wrzeszczące pod drzwiami kiedy wracamy z pracy, obgryzające melisę z doniczki i śpiące z nami w łóżku.
Dzidziusia nadal omija szerokim łukiem, ale mam nadzieję że chociaż on się wysypia kiedy jesteśmy w pracy. Musimy teraz jeszcze pomyśleć o nowym  drapaku.

piątek, 25 listopada 2016

Finalizacja sprzedaży mieszkania - czyli jak sprzedać i zwarować

Dziś rzecz o finalizacji sprzedaży naszego mieszkania. Żeby zachować chronologię zdarzeń zanim przejdę do przyjemniejszych rzeczy.

Ogłoszenie sprzedaży. Docelowo chcieliśmy trafić do młodych  ludzi,  mających już dość wynajmowanych mieszkań i szukających miejsca gotowego do wprowadzenia się. Do takich osób chcieliśmy dotrzeć. Mieszkanie było za małe dla rodzin z dziećmi, za drogie dla studentów, a otwarta biała kuchnia przeszkadzała starszym paniom.
Ogłoszenie wystawiliśmy na kilku portalach, między innymi: gratka.pl, otodom.pl i lokalnie na dom.trojmiasto.pl .  Warto też zawiesić na balkonie/oknie baner z napisem SPRZEDAM i numerem telefonu. My takiego baneru nie mieliśmy, a może zainteresowanie mieszkaniem byłoby większe.

Przez pierwsze dni bombardowały nas tylko agencje nieruchomości, niestety, bo wyraźnie zaznaczyłam w ogłoszeniu, ze nie jesteśmy zainteresowani kontaktem.

W ciągu tygodnia pokazaliśmy nasze mieszkanko kilku osobom.
Dwa razy okazało się, że osoba którą wzięliśmy za potencjalnego klienta okazała się Agentem. Warto zawsze dopytać kim jest osoba która do nas dzwoni, zapisać jej imię i nazwisko oraz numer telefonu. Ludzie często nie przychodzą na umówione godziny, a nawet zdarzają się tacy co nie przychodzą wcale.  Osobom zainteresowanym mieszkaniem wysyłałam na potwierdzenie smsa z adresem, datą i godziną spotkania.

Prezentacje. Najlepiej zaplanować zwiedzanie na sobotę i na ten dzień umawiać wszystkie osoby. Niestety w praktyce „klient nasz pan” i przyjmowaliśmy wizyty po pracy, wieczorem, po kilka razy. 

Przy prezentowaniu mieszkania warto mieć przy sobie:
- dokument potwierdzający własność mieszkania;
- plan mieszkania;
- rachunki/opłaty za ostatnie miesiące;
- wydrukowane ogłoszenie (możemy wręczyć osobom zwiedzającym, albo spisać tam sobie ewentualne ustalenia)

Potencjalni klienci. Przygotujcie się na to, że będzie ich dużo i będą marudni. Mam wrażenie że niektórzy jeżdżą w niedzielę na giełdę, a inni łażą po mieszkaniach dla zabicia czasu. Takie hobby. Niestety w większości osoby które do nas przychodziły były raczej zwiedzającymi, a nie chętnymi klientami. Ludzie będą narzekać nawet jeśli macie złote klamki i sedesy z porcelany. Zawsze będzie za drogo, za wysoko, za nisko, bez windy itd….. zaciskajcie zęby ;) Nie proponowaliśmy im herbaty, nie częstowaliśmy ciastem, nie piekliśmy chleba żeby zwabić zapachem.

Agencje. Chyba po dwóch tygodniach ciągłych wizyt zmiękłam i zgodziłam się. Miałam nadzieję że ktoś to za nas zorganizuje. Może trzeba było jednak poczekać i dalej próbować samemu, a może nie? Do dzisiaj mam pewne wątpliwości. W sumie zabrały się za nas 2 agencje, które troszkę zwiększyły ruch w interesie, ale nadal równolegle zgłaszały się osoby bezpośrednio do nas. Mam dużo zastrzeżeń co do działania agencji, zarówno jako sprzedający jak i kupujący. Niestety nie wygląda to tak jak na amerykańskich filmach. Agent nie prezentuje mieszkania. Jego rola ogranicza się często do odprowadzenia klientów od samochodu do drzwi. Nie wierzę w tłumy chętnych, które obiecują, ani w kompleksową obsługę. Nie dajcie się też nabrać na umowę „na wyłączność”. Najczęściej jest tak, że agencje tracą zainteresowanie gdy tylko podpiszecie z nimi umowę. Dobry Agent powinien wam również podpowiedzieć i wytłumaczyć za jaką cenę jest w stanie sprzedać mieszkanie. 

Prowizja. Tak, to prawda że agencje pobierają prowizję i że trzeba ją w końcu zapłacić. Jedni pobierają tylko od sprzedających. Inni od obydwu stron. Przeczytajcie dokładnie zanim cokolwiek podpiszecie. Niech wam podeślą umowę mejlem do przeczytania. Negocjujcie warunki.
Prowizja zwykle jest to 3,5% (od 2 do 3,5%) wystawionej ceny mieszkania. 
Policzcie ile to jest 3 % od kwoty 250 000 zł J
7500 zł
Netto
Do tego VAT 23%
9225 zł
Tyle kosztuje ta przyjemność. Według mnie drogo. Bardzo.
Podaję to tylko w celach informacyjnych. Dobry Agent powinien  wyliczyć wam tą kwotę przed podpisaniem umowy. Dodajcie więc ją sobie do ceny którą macie przygotowaną ;)

Sprzedaż z przebojami. Tak się stało szczęśliwie, że w końcu nasze mieszkanko kupiły osoby które przyprowadził Nasz Agent w pierwszy dzień. Nie ważne że od pokazania mieszkania do ostatecznej decyzji minął prawie miesiąc, a podpisania umowy u notariusza dwa.
Że w tym czasie z piętnaście razy wylizywaliśmy mieszkanie na błysk żeby je pokazać innym.
Że byliśmy najbardziej upierdliwymi klientami świata. 
Że nasi kupujący byli najbardziej niezdecydowanymi kupującymi jakich widziałam.
Nie ważne, że Pan Agent zaliczył nie jedną wtopę i pozostawił po sobie pewnie niesmak zostawiając nas na lodzie przy przekazaniu kluczy i praktycznie wszystko kończyliśmy sami.
Udało mu się, przyprowadził do nas kupców, sprawił że nie uciekli, a my powiedzieliśmy w końcu mieszkanku Bye!Bye!

Za oknami czekało już na nas NOWE J
A najgorsze miało się dopiero zacząć…..


środa, 23 listopada 2016

Jesienią...

Za oknem koniec listopada (u was też? serio?). Na drzewach nie ma już liści, ciemnooo jest, ciemno rano, ciemno po pracy..
Gdyby Rodzina Cullenów, czy jaki im tam, wiedziała jakie u nas panują warunki to z pewnością przenieśliby się do nas zamiast spędzać czas a w jakimś nudnym Forks ;)

Jest tyle rzeczy które uwielbiam robić jesienią. Nawet taką już bezlistną i pochmurną i chłodną i mglistą.
We wrześniu zbieraliśmy kasztany, żołędzie, jarzębinę, liście, szyszki. W parku pod domem.
Niestety w tym roku nie udało się nam pojechać do Prawdziwego Lasu na grzyby. 
Cieszą mnie lampki i choinki na wystawach, choćby nie wiem jak kiczowate.
Ale ja jeszcze nie jestem na to gotowa. Nie że bojkotuję i jestem na NIE. Jest jeszcze za wcześnie.

Znalazłam dziś archiwalne zdjęcia. Taką jesień lubię najbardziej.
Nad jeziorem w Otominie - Październik 2012.






Park Regana - Październik 2012







A to zostało jeszcze w moich jesiennych planach:

  • Wyprawa do ZOO. Jeśli będzie jeszcze słoneczny weekend.  Latem tłumy, we wrześniu nie zdążyliśmy. Może trzeba będzie przełożyć na wiosnę. Latem zaliczyliśmy wtopę w Oceanarium i teraz S. nie chce z nami nigdzie jeździć. Nadal nie wiem dlaczego to otwarte akwarium stoi na samym wejściu. I nadal noszę komplet zapasowych ubrań na wszystkie wyjścia z domu. A Dzidziuś chce zobaczyć „lepa” w ZOO i „winty” (czyli lwa i wilki). O ile nie będzie lało.
  • Spacer po Parku Oliwskim, o ile  S. da się namówić i nie trzeba będzie Dzidziusia wyławiać ze stawu. Szuranie nogami w liściach. Uwielbiam. O ile nie będzie lało.
  • Spacer po Parku Regana. Nudy? Latem mieliśmy tam ścieżkę zdrowia. O ile nie będzie lało.
  • Spacer po Sopocie. Ciepła herbatka w termosie. O ile nie będzie lało.
  •  Domowa zabawa andrzejkowa. Sami, tzn. nasza 3. Z kotem. Zapalimy latarenki, zjemy zapiekanki z serem, szynką i pieczarkami, zatańczymy kółko graniaste.
  • Zrobimy gołąbki albo bigos, albo fasolkę po bretońsku. Albo wszystko.  Niezależne od pogody.

Nauczyliśmy się ciągle czekać na COŚ. Na COŚ się przygotowywać, choćby to było nie wiadomo jak długo.
Na wakacje, na urlop, na urodziny, na święta. Jeszcze wczoraj wycinałam dynię na Halloween, a już mam ubierać choinkę? O nie ;)
Cieszę się tym czasem, w którym nie trzeba nic specjalnego robić,  małymi rzeczami, drobiazgami, przebywaniem z rodziną.

Święta?! Jakie święta? Czy nie starczy nam grudnia na przedświąteczne przygotowania?
Rozumiem, że Boże Narodzenie to stan umysłu, ale ja nie zamierzam zwariować (przynajmniej przed Mikołajkami).

·        Prezenty? Owszem, zamówię na początku miesiąca, prawdopodobnie będą to znowu książki. Nie będą chcieli czytać, to oddadzą, położą na regał, trudno ;)
Ozdoby? Zrobimy sami, najwyżej będą straszyć, na szczęście tylko domowników. Lub Kocur zeżre.
Jedzenie? Nie potrzebujemy inspiracji, zjemy to na co będziemy mieli ochotę i co nam smakuje.
 Nastrój? Sam się zrobi jeśli będziemy mogli choć chwilę odetchnąć od pracy i obowiązków. Bez spiny.
A w ostatniej chwili przed wyjazdem do teściowej będzie #niemamsięwcoubrać ;)


J

sobota, 19 listopada 2016

Moje Postanowienia Adwentowe

Tegoroczna przeprowadzka skłoniła mnie do przemyśleń na temat gromadzonych przez nas dóbr.
Prawie pół roku "na kartonach", dwukrotne pakowanie i rozpakowywanie, wożenie wte i wewte.
Już teraz wiem, że przyda mi się seria sesji u psychoterapeuty.
Następnej przeprowadzki już nie przeżyję, ewentualnie trafię do zakładu zamkniętego.



Jako dziecko w oczekiwaniu na Święta zawsze robiłam Postanowienia Adwentowe.
A nie Kalendarz Adwentowy ;)
I w tym roku adwent zaczyna się 27 listopada, ale ja zaczynam go od dziś.
Taka wielka ochota mnie naszła żeby COŚ "postanowić".
Zamiast "kupię sobie" - "odmówię sobie". Zamiast prezentu na każdy dzień - jedno nadprogramowe zadanie do wykonania.
Niepopularny temat?!!! A co mi tam :P, ale jak kształtuje charakter ;)

Ciuchy. Skąd się ich tyle nazbierało?! Przecież połowę oddałam, a drugą połowę wywaliłam? Skąd ONE tu wszystkie są? (i dlaczego w większość się nie mieszczę? ). Ubranka Dzidziusia!? Malutkie śpioszki, zabawki, butelki...... których już nigdy nie użyję (serio serio). Kartony rzeczy do oddania szwagierkom.... Dziecięcymi ciuszkami zawalone kilka ogromniastych szuflad!!!!  Ciuchy S.'a, który wiecznie nie ma co na siebie włożyć, a w szafie 30 koszul w identyczną kratkę i ponad 30 T-shirtów. Oj Kochani, w tegorocznym Adwencie nie zarobią na nas sklepy odzieżowe, sieciówki ani nawet Zalando ;) Na Święta ciuchów pod choinkę też nie będzie. (PS - tyczy się to również czapek, szalików i rękawiczek).

Kosmetyki. Z tym będzie ciężko, ale przynajmniej postaram się ograniczyć do niezbędnych rzeczy. W sieci nazywa się to Projekt Denko ;) więc w wolnym tłumaczeniu, nie kupię kolejnego kosmetyku zanim nie skończę otwartego. A  jest tego sporo, mimo że co niektórzy mają więcej.

Ceramika i skorupy. Durnostojki, obrazki, wazoniki. Teraz wiem że mam dwie półki nieużywanych szklanek i kieliszków i tyle kubków, że nie wytłukę ich przez najbliższe 20 lat, nawet gdybym je intensywnie używała. Wiem, że to ładnie wygląda i rączki świerzbią żeby kupić. Nic z tego... przynajmniej do końca roku ;)

Jedzenie. Nie będę marnować i wyrzucać jedzenia. Nie chodzi o słodycze, bo to temat który wałkuję okrągły rok, a słodycze się u nas nie  zmarnują, bo nie zdążą. Mam nadzieję się uporządkować żywnościowo, wraz z układaniem posiłków i planowaniem zakupów dla całej naszej trzyosobowej  rodziny + kot. Markety i dyskonty zapewne nie odczują znacznie strat z powodu mych wyrzeczeń, ale mój portfel z pewnością.  Acha i w tym roku żadnych słodyczy na święta. Dzidziuś ma wsypkę i parchy, a ja tyłek do kwadratu.

Papierzyska. Stare gazety. Może wy jesteście bardziej zorganizowani w tej kwestii, ale ja jestem beznadziejna. W zeszłym roku z Dzidziusiem na kolanach przewertowaliśmy tryliardy świstków. Może i teraz na mnie spłynie jakieś natchnienie i olśni czeluści kartonów z dokumentami. Jeśli nie to po prostu będę musiała spiąć pośladki.

Kończąc te przydługie wywody wracam do przewalania zwiezionych siat ze skarbami.
klik klik, można wydrukować :) i uzupełnić we własnym zakresie :)

środa, 16 listopada 2016

#jestempierdołą

Włączcie sobie radio, właśnie leci „Why does it always rain on me…” (Coldplay).

Piszę od 2010 roku, a jeszcze się nie przedstawiłam i nic  o mnie nie wiecie. 
Myślę, że w końcu powinnam to umieścić  na blogu. W miejscu “O mnie”.

Za oknem u  mnie jest buro i ponuro, i zimno, i wieje, mimo że prawdopodobnie 20 metrów dalej świeci słońce.

Zawsze okantują mnie w sklepie, tym osiedlowym, gdzie robię zakupy od 17 lat. Wcisną przeterminowane parówki, nabiją na rachunek piwo poprzedniego klienta.  Jeśli nawet pamiętam, żeby sprawdzić rachunek, to nie obmacam marchewki i jedna będzie stara i miękka.

Ktoś się przede mnie wepchnie autem, a nie jeżdżę jak zawalidroga. Nawet w korku. Milion osób przede mną, a wpychają się. Mimo, że mam prawo jazdy od ponad dziesięciu lat.
To samo w kolejce u lekarza zanim zdejmę kurtkę zawsze się przede mnie wepchnie ktoś, kto przyszedł minutę później. Kiedyś stałam w biedronce do kasy, w zaawansowanej ciąży, z wielkim brzuchem, wepchnął się przede mnie menel „ Bo ja tylko jedno piwko sobie kupię”.

Moje mocne postanowienia trwają maksymalnie 24 godziny, co mocniejsze 48. Cóż mam poradzić, że mam słabą silną wolę.

W pracy potrafię pomylić Urząd Skarbowy z Urzędem Miejskim (szef mnie dziś zabije) i zawsze ktoś zdąży wyżreć najlepsze kawałki sushi zanim dojdę do kuchni.

Nie mam własnego stylu, nie umiem się umalować, nawet nie potrafię się elegancko ubrać, a mój wyrozumiały S . najczęściej mówi że wyglądam jak „Łapciuch”. Wychodzę „na miasto” nieumalowana i w starej kurtce - zawsze spotkam wypindrzoną koleżankę. Nie mam pomysłu na Siebie i nie wiem czy kiedykolwiek będę miała.

Nie jestem przebojowa, nie przepycham się łokciami, jestem pierdołą. To takie uczucie jakby częstowano Mieszkanką Wedlowską, a dla mnie zawsze zostawały same Pierroty.
Dziś będzie bez zdjęcia, bo nawet nie wiem co bym miała niby wstawić :P


I na koniec, że jeszcze słucham starych piosenek  „I’m a looser baby” ………  (Beck)
Naciskam PUBLIKUJ, a co mi tam :)

wtorek, 15 listopada 2016

Jak być dusigroszem

Odpocznę troszkę od wywodów o urządzaniu i sprzedawaniu mieszkania. Dziś zmiana tematu.

Oszczędzanie to moja specjalność, a Oszczędność moje drugie imię. Tak jestem wychowana, że staram się nie marnować ani pieniędzy ani jedzenia, nie wydaję kasy bez opamiętania. Niestety w duecie z moim S. tracę rozum, a dla Dzidziusia  wywalę każde pieniądze. Razem potrafimy przepuścić dowolną ilość forsy.

Chcę się odnieść do mojego postu sprzed trzech lat o oszczędzaniu. Oczywiście nie udało mi się nic osiągnąć ani tym bardziej zaoszczędzić ani grosza. Przez jakiś czas notowałam wydatki, kolekcjonowałam paragony, wygrzebywałam resztę z kieszeni . Robiłam tabelki i wykresy w Excelu. I co? I nic! Każdy kolejny miesiąc  kończył się okrzykiem „Ojapierdolę!”…..

Karta płatnicza – dzieło szatana. Od czasu gdy S. dostał kartę w swoje ręce, straciłam całkowicie kontrolę nad wydatkami. Pieniądze znikają nie wiadomo na co, nie wiadomo kiedy i nie wiadomo gdzie. Nie, żebyśmy robili jakieś super wielkie zakupy, albo kupowali drogie rzeczy. Po prostu znikają w zastraszającym tempie.

Mam takie marzenie, chcę odzyskać kontrolę nad domowym budżetem!

W tym miesiącu postanawiam:
  • kupię sobie nowy portfel, taki z dużą ilością przegródek na karty rabatowe ;) hahahahahaha
  • wykorzystam zaległe kupony rabatowe w TESCO;
  • nie wydamy więcej niż zarabiamy, jednoznaczne z niezrobieniem (tym razem) debetu na koncie;
  • zakupy tylko z wcześniej przygotowaną listą i to w ustalone dni tygodnia;
  • planowanie posiłków na cały tydzień, albo chociaż na 3 dni;
  • większe zakupy: wyposażenie mieszkania, ubrania, buty, tylko z wcześniej zaplanowanego budżetu;

Poniżej trzy złote zasady moich Rodziców, których bezapelacyjnie uważam za wzór do naśladowania w kwestii  oszczędzania. Można ich nazwać  Dusigroszami Wszechczasów. Te rady zwykle są kierowane do mojego S. i do mnie (i doprowadzają mnie do szału).

1.  Nie kupuj na zapas ani na zapas bo „w promocji”.
 „Nie kupuj na zapas pasty do zębów. Masz już jedną po co ci druga. Zużyj pierw tamtą.”
„Po co kupujesz kolejne mydło/krem/szampon/płyn do naczyń (tu sobie wstawmy dowolnie), przecież jeszcze masz!”
To samo dotyczy spożywki, ciuchów, butów, dobrze że nie widzieli mojej kolekcji lakierów do paznokci…..

2. Zawsze zużywaj wszystko do końca. Zjadaj co masz na talerzu. Nie wyrzucaj póki się nie rozpadnie. Jak się rozpadnie – napraw. Jak się znowu rozpadnie napraw jeszcze raz ;) Jak się rozpadnie na amen, nie wyrzucaj, schowaj do piwnicy.

3. Zawsze analizuj przed zakupem cały dostępny asortyment zbliżonych produktów. Jeśli kupujesz telewizor, albo odkurzacz- długo się zastanawiaj, porównuj, czytaj artykuły i opinie innych, rozkładaj na czynniki pierwsze. Rób to tak długo, aż w końcu wyjdzie nowy model i można sprawę rozpocząć od początku. Zajmiesz się czymś, a w międzyczasie może stwierdzisz, że przecież stary jest jeszcze dobry….. ;)


Żarty żartami, ale nawet w nich znajdzie się ziarnko prawdy J



poniedziałek, 14 listopada 2016

Mieszkanie w zieleni - odsłona II wspominkowa

Teraz dopiero widzę jaki ogrom pracy włożyliśmy z moim S. w remont i zakup sprzętów.
Wnętrze zmieniło się nie do poznania. W 2013 panowała jeszcze wesoła zieloność, w 2016 zastąpiły ją spokojne beże i szarości.
Dorobiłam się też wymarzonej kuchni….

Chociaż myślę, że i bez remontu mieszkanie by się sprzedało ;)

A poniżej kilka zdjęć z lipca 2013 :)

Nowy (wtedy) stół z opuszczanym dwustronnie blatem (IKEA NORDEN) i krzesła (Tchibo TCM).
Krzesła sprzedałam, a stół mamy do teraz. Świetny jest i bardzo praktyczny. Służy czasami do pracy jako zapasowe biurko, ale przeważnie jako stół obiadowy, rozkładany kiedy przychodzą goście. Nie jest to szczyt wygody, ale przy małym metrażu się sprawdza. W tym roku chyba blat doczeka się szlifowania, bo jest już troszkę nadgryziony zębem czasu.. a przede wszystkim kocimi pazurami....



Na stole pasą się ściury z IKEA, a my tak właśnie piliśmy sobie poranną kawkę  - w promieniach wschodzącego słońca.




Takich zdjęć nie wrzucamy do ogłoszeń sprzedaży. Wszyscy kochamy koty, ale skojarzenie oglądających zdjęcia jest tylko jedno ... i nieładnie pachnie ;)


Moja stara, jeszcze starsza kuchnia. Z wymienionymi uchwytami, schowanym kablem od kuchenki. Niepotrzebnie wisi zegarek i czajnik i sokowirówka i rękawiczki kuchenne. Sio z tym do zdjęć...a może już przesadzam ;)




Salonik w nowej odsłonie, nadal zielonej, nadal z drapaczkiem w pełnej krasie :)
Drapaczek był dziełem mojego S. Sofa z MOMA STUDIO - uwielbiałam ją, niestety nie należy ona do najtrwalszych mebli, a z pewnością nie nadawała się do codziennego spania. Obrazki z IKEA wędrują ze mną nadal ale chyba nie będę już miała dla nich miejsca (chlip chlip) chociaż bardzo je lubię.



I kilka drobiazgów, których nie polecam pokazywać publicznie. Po pierwsze gryzmoł na drzwiach.
Mimo że sama własnoręcznie go namazałam i nam się podobał, to jednak nie jest dzieło sztuki ;)


Przyklejane lusterka. PRECZ!!!! Poszły precz z kawałami tynku tak mocno się trzymały!


Nowe obrazki w grubych ramach, a w nich zdjęcia z urlopu. Ech urlop, kiedy to było....



Więcej grzechów nie pamiętam. Szczerze żałuję i jeśli coś znajdę to wkleję ku przestrodze.